PANI W.

HomeO mnieKontakt
 
Viva L'Italia! Part 2
August 9th, 2015 10:02 pm     A+ | a-

Włosi są narodem specyficznym. Z jednej strony otwarci, towarzyscy - miłośnicy dobrego jedzenia i wina (do jakości których w żaden sposób doczepić się nie można). Dalszy ciąg tej historii będzie opowiadał jednak głównie o innym obliczu Włoch...


Jak już wspominałam, jakieś 200 km od Rzymu nawalił nam samochód więc postanowiliśmy zaprowadzić go do włoskiego mechanika (uprzednio zdobywając namiary na recepcji kempingu). Nie było innego wyjścia.
Z samego rana pojechaliśmy parę kilometrów do sąsiedniego miasteczka i znaleźliśmy warsztat gdzie pracuje niski, pękaty Luigi (Pan W. wszystkich Włochów tak nazywa). Byliśmy przygotowani na to, że ani jednego słowa po angielsku nie zna ( jak się okazało, słusznie), więc mieliśmy ze sobą mini słownik i rozmówki polsko-włoskie. Znaleźliśmy nawet parę przydatnych zwrotów na tą okliczność! Luigi przejechał się kawałek samochodem i domyślił się co jest nie tak. Rozmowa z nim jednak w ogóle się nie kleiła (on - ni w ząb po angielsku, my- ni w ząb po włosku)... do momentu kiedy Luigi doznał olśnienia, że my przecież z Polski jesteśmy a jego żona też jest Polką! Eureka! Tego się nie spodziewaliśmy. Jeden telefon do żony i już wszystko jest jasne. Przetłumaczyła nam, że trzeba wymienić świece i kable, co będzie kosztowało 150 euro...Dużo ale zawsze mogło być gorzej. Stwierdzamy, że los się trochę do nas uśmiechnął i jesteśmy dobrej myśli a Luigi mówi, że po samochód mamy wrócić wieczorem. Nie wiem co byśmy ze sobą poczęli bez rowerów w tej małej, nieciekawej mieścinie, gdzie wszędzie jest daleko.

Plan na dalszą część dnia: wymienić nasze polskie pieniądze na euro (bo tych już prawie nam nie zostało jak doliczyliśmy kwotę za naprawę).
Dlaczego o tym opowiadam? Okazało się, że awaryjny zapas pieniędzy w złotówkach to nie jest we Włoszech dobre rozwiązanie.
Idziemy do pierwszego lepszego banku i mówimy, że chcemy wymienić pieniądze. Pracownik zastanawia się chwilę, idzie się dopytać kogoś do innego stanowiska, po czym mówi, że u nich nie można takich operacji zrobić ale za to w banku na sąsiedniej ulicy na pewno nam pieniądze wymienią. W następnym banku mówią nam to samo, że u nich to nie da rady ale na pewno w innym się uda. Tym sposobem przeszliśmy wszystkie banki w okolicy... I nic. Doradzili nam tylko, że trzeba będzie najprawdopodoniej pojechać do Follonici (nad morze).
Jedziemy na miejsce ok 10-12 km na rowerach. Gorąco jest jak w piekle a ja nie czuję się zbyt dobrze. Na domiar złego w Follonice prawie nikt nie mówi po angielsku a w kolejnych bankach znów mówią to samo co w poprzednich. Po angielsku prawie nikt nie mówi.
Tuż przed siestą (zanim wszystkie instytucje pozamykali na trzy spusty) wchodzę do informacji turystycznej. O dziwo, pani która tam pracuje mówi mi że zna jedną Polkę, po czym zadzwoniła do niej i przekazała mi słuchawkę. Dowiedziałam się między innymi, że we Włoszech w ogóle nie funkcjonuje coś takiego jak wymiana waluty! Włosi wychodzą z założenia, że przyjeżdżając do nich masz euro ze sobą. W wyjątkowych sytuacjach można w banku pieniądze zamówić, tylko trzeba wtedy na nie czekać 2-3 dni. Jedyną opcją jest wypłacenie pieniędzy z bankomatu, co pospiesznie uczyniliśmy. Zrobilibyśmy to od razu gdyby KTOKOLWIEK wcześniej nam o tym powiedział! Czy pracownicy banku nie wiedzieli, że nigdzie nie można wymienić waluty? Nie chce mi się wierzyć. Z drugiej strony, nie wydaje mi się, żeby wszyscy wprowadzali nas w błąd złośliwie...

Z kolejnych obserwacji stwierdzamy, że Włosi są po prostu leniwi. Odpowiedzialność wolą zepchnąć na kogoś innego a języków obcych uczą się niechętnie - jak przyjeżdżają turyści i nie mogą się dogadać to przecież nie ich kłopot.


Po tej porannej "rozgrzewce" jest nareszcie czas na odpoczynek nad morzem. Jakbyśmy nawet nie mieli wcześniej problemów to i tak byśmy tutaj przyjechali.
 
Follonica - fala nie miała żadnych szans...
Siesta...
Na włoskich plażach można kupić dosłownie wszystko (zazwyczaj od czarnoskórych nagabywaczy)

 
Samochód działa!

Po powrocie urządzamy typową włoską kolację.

 

Tak mniej więcej wyglądają nasze kempingowe posiłki. Do tej pory jestem pod wrażeniem, że przez cały wyjazd udało nam się nie potłuc kieliszków.

 
Przez większą część wyjazdu żywimy się spaghetti - najszybsza i najtańsza opcja w warunkach kempingowych. We Włoszech jest ok 20 rodzajów samego spaghetti a półki z makaronami w każdym włoskim supermarkecie ciągną się w nieskończoność. W ogóle jesteśmy pod wrażeniem jakości wszystkich produktów jakich zdążyliśmy spróbować. Kupując nawet najtańszą rzecz w obdrapanym markecie daleko na prowincji, zawsze wszystko jest zaskakująco pyszne. Pan W. bardzo polubił tutejsze ostre przyprawy a ja do dziś tęsknię za parmezanem, który we Włoszech można kupić wszędzie. Raz też kupiliśmy najtańsze dostępne wino, żeby zobaczyć jak będzie smakować. Kosztowało nie całe 1 euro i zapakowane było w litrowy kartonik. Nie wyglądało to zbyt zachęcacjąco ale po spróbowaniu okazało się, że naprawdę nie jest złe!
 

Perugia

W tym miejscu następuje kumulacja wszelkich możliwych emocji.
Najpierw radość i niedowierzanie, kiedy dowiadujemy się, że w Perugii aktualnie odbywa się Umbria Jazz Festival.
Wieczorem, kiedy temperatura nieco spada, przygotowujemy rowery i ruszamy. Nasz kemping znajduje się na obrzeżach miasta a do Centrum mamy ok 10 km, więc pytamy pracownika recepcji, którędy najlepiej jechać (bardzo często można też dostać bardzo przydatne mapy). Po angielsku facet zaczyna nam tłumaczyć, w którą stronę skręcić... ale po chwili zmienia zdanie. Patrzy raz na mnie, raz na mój rower i mówi, że nie radzi tam jechać. Do Centrum jest podobno cały czas bardzo mocno pod górę ale jest na to inne rozwiązanie. Dwa kilometry od kempingu jest stacja mini metra gdzie spokojnie możemy wejść z rowerami i dojechać wagonikiem na samą górę. Kupujemy u niego od razu bilety i jedziemy. 

W następnym etapie nasze humory się stopniowo psują...
Na stacji mini metra stajemy przed bramkami. Pan W. wkłada swój bilet, bilet wyskakuje, drzwiczki się otwierają, Pan W. przechodzi. Ja wkładam swój bilet, bilet wyskakuje, drzwiczki jednak się nie otwierają i nie mogę przejść. Próbuję ponownie i wtedy maszyna zaczyna wyć. Fajnie...
Pan W. po jednej stronie a ja po drugiej. Przechodzi akurat jakiś Włoch, któremu pokazuję ten swój bilet. Stwierdza, że jest chyba nie ważny. Zdenerwowana idę kupić następny bilet w automacie i dzięki niemu przechodzę na drugą stronę. Uff... 
Dalej jedziemy z tymi naszymi rowerami ciasną windą na piętro i docieramy na peron. Jednak kiedy podjeżdża wagonik zaczyna się poruszenie bo z głośników ktoś zaczyna głośno krzyczeć (oczywiście po włosku). Stoimi jak wryci a pewna para, która stoi obok zaczyna coś tłumaczyć w kierunku głośnika - zorientowali się, że nie jesteśmy Włochami i wymieniają parę zdań... nie wiadomo w ogóle z kim. Wygląda to jak gadanie do ściany. Po chwili wszystko jest jasne - po prostu nie wolno nam wsiąść do wagonu z rowerami! Normalnie jest to możliwe, ale w trakcie trwania Festiwalu akurat nie wolno. 
Brak słów... Trzeba było znów wpakować się do windy i przedostać przez bramki do punktu wyjścia. Jesteśmy wściekli (zwłaszcza Pan W.) Tracimy czas, nerwy i pieniądze a na dodatek mamy wrażenie, że nikogo to nie obchodzi. Żadnej informacji po angielsku (z okazji międzynarodowej imprezy) nie ma nigdzie. 
Może dobrze się stało, że do Centrum musimy teraz pedałować cały czas pod górę bo dzięki temu trochę z nas schodzi ta złość. Kiedy dojeżdżamy do celu w ogóle wszystko nam przechodzi bo miasto i widoki są przepiękne.

 

Trochę czerwona na twarzy ale na górę wjechałam. Nie było aż tak źle. 









Łuk etruski 

Z wielką przyjemnością słuchamy artystów występujących na główym placu (koło Fontanny Maggiore). Na większość koncertów w mieście trzeba jednak mieć bilety.
 

Ferrara


Tutaj spędzamy nasz ostatni wieczór we Włoszech. Mimo, że nasz kemping leży bardzo blisko ścisłego centrum (ok 2 km) to rowerami pokonujemy około 20 kilometrów kręcąc się po wąskich uliczkach. Poza tym zaczyna nas niepokoić stan naszego samochodu, który znów nie chodzi do końca idealnie.
 
 










 


Ciężki powrót...


Następnego dnia od rana jedziemy z Ferrary prosto na Węgry. Chcemy przy okazji odwiedzić naszych znajomych, którzy tam mieszkają.
Żeby jednak nie było zbyt miło, powraca problem z samochodem, który zaczyna się zachowywać tak samo jak wcześniej. Jesteśmy blisko granicy włosko-austriackiej a Passerati znowu zachowuje się tak jak przed naprawą (jedzie bardzo powoli bo przy silniejszym wciśnięciu pedału gazu tylko się dusi). Stajemy na chwilę i kompletnie bezradni zastanawiamy się co dalej. Idziemy nawet na krótki spacer do parku, żeby to wszystko na spokojnie przymyśleć. Widać na horyzoncie wysokie góry, przez które mamy teraz przejechać i wydaje nam się, że samochód nie da rady. Z drugiej strony myśl o pozostaniu we Włoszech jeszcze jednego dnia tylko po to, żeby kolejny mechanik zrobił to samo co poprzedni wydała nam się jeszcze bardziej bezsensowna. Postanawiamy zaryzykować i jechać dalej. W razie czego może chociaż jakiś austriacki mechanik będzie bardziej pomocny. W tej sytuacji jednak nie możemy wjechać na autostradę i kierujemy się przez Austrię innymi drogami. Pan W. wyczuł do jakiego momentu pedał gazu można nacisnąć, żeby samochód powoli jechał i tak kontynuujemy naszą podróż. Poziom adrenaliny jest tak duży, że przez całą drogę nie czujemy zbytniego zmęczenia. Pod jedną górę musimy podjeżdżać na pierwszym biegu ale poza tym nie ma tragedii. W drodze przez Austrię obserwujemy górskie wioski i miasteczka, które w porównaniu z włoskimi wydają się niesamowicie czyste, zadbane i... puste. Stwierdzamy, że jadąc autostradą nie zobaczylibyśmy tylu ładnych widoków. Z drugiej strony, podróż jest przez to morderczo długa. Do Nyul na Węgrzech docieramy po 15 godzinach...

Po dwóch dniach na Węgrzech (gdzie porządnie odpoczęliśmy) wracamy do Polski. Droga jest jeszcze bardziej męcząca niż poprzednim razem. Jedziemy w nocy przez Słowację i Czechy. Samochód prowadzi się bardzo ciężko a co jakiś czas któreś z nas przysypia więc zmieniamy się często za kierownicą. Mimo problemów docieramy do domu. Mamy jednak zamiar wrócić do Włoch jeszcze w tym roku. Muszę przecież w końcu zobaczyć Rzym!

Na koniec okazało się, że Luigi nas najzwyczajniej w świecie oszukał. Wymienił nam świece ale kable zostawił stare. Dowiedzieliśmy się także, że powinien nam wymienić cewkę (cokolwiek to jest).

Następnym razem lecimy samolotem. 
 

 
 
No comments posted...
Leave a Comment
* Name
* Email (will not be published)
*
* Enter verification code
* - Reqiured fields
 
Older Post Home Newer Post
                                                                                                                                                                                                                             
Pani Walczak Pani Walczak Pani Walczak Pani Walczak
(Narko) Szydełko
Listopadowy Berlin
"Zaćmienie" - Paleta.
Jaki kolor ma morze?
Pani W nad polskim morzem
Lato - Pejzaż malowany Ziemi Łódzkiej.
Rowerem dookoła Zalewu Sulejowskiego
Jak to się robi? Część 2: Linoryt
Beskid Mały: Drwale i jaskiniowcy.
Wystawa Stowarzyszenia Artystów "Młyn" we Włocławku
Smreczyński
Jak to się robi? Część 1: Skarpetki
Słoiczkowy upgrade
Epic Love
ROMA (04-06.XII.2015)
Mountains Lover
Jak zorganizować wesele... i nie wydać fortuny
Ekspresji i liryki ciąg dalszy
Tatry Zachodnie 4-6.IX.2015
Beskid Niski (2014) czyli...
Viva L'Italia! Part 2
Dzień w którym zostałam Panią W. (27.06.2015)
Viva L'Italia! Part 1